Filipiny pierwszy raz: czy warto i od czego zacząć?
Filipiny potrafią wyglądać dokładnie tak, jak człowiek sobie wyobraża wyspy po drugiej stronie świata: jasny piasek, palmy przy plaży, turkusowa woda, łódki kołyszące się przy brzegu i wodospady, do których chce się wskoczyć od razu po dojściu na miejsce. Do tego dochodzi świetny świat pod wodą, dużo miejsc do snorkellingu i nurkowania oraz duży plus na pierwszy wyjazd: na miejscu łatwo dogadać się po angielsku.
Z Filipin najbardziej pamiętam nie jedną konkretną plażę, tylko ten dziwny miks rzeczy, które działy się obok siebie.
Jednego dnia płynęliśmy kajakiem w Port Barton. Woda była spokojna, pod spodem było widać rozgwiazdy, a przy brzegu znajdowaliśmy małe plaże, na których nie było nikogo. Takie miejsca, przy których człowiek nie mówi za dużo. Po prostu siedzi i patrzy.
A potem ten sam wyjazd potrafił wyglądać zupełnie inaczej.
Van nie ruszał, bo trzeba było czekać, aż zbierze się komplet osób. W El Nido wysiadł prąd i wieczór skończyliśmy przy świeczce, z rumem i kalamburami. Na Boholu Kacper rozłożył się przez zatrucie, więc część planu po prostu przestała mieć znaczenie.
I właśnie dlatego, jeśli myślisz o Filipinach pierwszy raz, nie zaczynałabym od pytania: „które miejsca są najładniejsze?”.
Zaczęłabym od pytania: czy ja lubię taki sposób podróżowania?
Bo Filipiny potrafią być przepiękne, ale nie są kierunkiem, w którym wszystko idzie gładko tylko dlatego, że masz zapisany plan w telefonie.
Czy warto jechać na Filipiny pierwszy raz? 1
Tak, ale nie każdemu powiedziałabym: „jedź w ciemno, będzie super”.
Filipiny są piękne w bardzo prosty sposób. Nie chodzi tylko o słynne punkty z mapy. Czasem najbardziej zostaje w głowie zwykły moment: kajak, mała plaża, cisza, rozgwiazdy pod wodą. Albo wodospad, przy którym jest chłodna woda, zieleń dookoła i przez chwilę nie chce Ci się sprawdzać, która godzina.
To jest ten rodzaj podróży, w której dużo dzieje się poza planem.
I nie mówię tego jako ostrzeżenie. Bardziej jako rzecz, którą warto wiedzieć wcześniej.
Jeśli ktoś wyobraża sobie Filipiny jako same plaże, drinki i idealne przejazdy między wyspami, może się zdziwić. Czasem trzeba poczekać. Czasem transport jest mniej wygodny, niż się zakładało. Czasem pada. Czasem prąd znika akurat wtedy, kiedy chcesz naładować telefon i ogarnąć kolejny dzień.
Ale jeśli masz w sobie zgodę na to, że nie wszystko będzie idealnie równe i wygodne, Filipiny potrafią dać naprawdę dużo.

Dla kogo Filipiny będą dobrym kierunkiem?
Jeśli ktoś mnie pyta, czy Filipiny są łatwe na pierwszy raz, to mam problem z odpowiedzią.
Bo z jednej strony: angielski bardzo pomaga. Ludzie są mili. Łatwiej się dogadać niż w wielu innych krajach Azji. Widoki potrafią wynagrodzić dużo.
Z drugiej strony: jak ktoś źle znosi czekanie, brak konkretnej godziny odjazdu i proste warunki, to może się tam szybko zmęczyć.
Filipiny są dobre dla osób, które lubią być blisko natury i nie potrzebują, żeby każdy dzień był zaplanowany co do minuty. Plan jest potrzebny, nawet bardzo. Ale powinien mieć trochę luzu. Takiego normalnego, praktycznego luzu: na opóźniony transport, gorszą pogodę, dzień odpoczynku albo miejsce, w którym chcesz zostać dłużej, niż zakładałaś.
Jeśli marzy Ci się wyjazd, w którym dużo leżysz, mało się przemieszczasz i nie chcesz myśleć o promach, vanach, lotach wewnętrznych i kolejności wysp, to Filipiny nadal mogą być dobrym pomysłem. Tylko wtedy tym bardziej warto dobrze ułożyć trasę.
Bo najgorsze, co można zrobić na Filipinach, to wcisnąć za dużo miejsc w za mało dni.
Od czego zacząć planowanie pierwszej podróży na Filipiny?
Nie zaczynałabym od listy „najpiękniejsze miejsca na Filipinach”.
Taka lista szybko robi się za długa. Zapisujesz Palawan, Cebu, Bohol, El Nido, Coron, Siargao, wodospady, plaże, island hopping, nurkowanie. Wszystko wygląda dobrze. Wszystko chciałoby się zobaczyć. A potem okazuje się, że między tymi miejscami są loty, promy, vany, czekanie, przesiadki i dni, które w praktyce są bardziej transferem niż zwiedzaniem. Zacznij od liczby dni.
Jeśli masz dwa tygodnie, to nie znaczy, że masz dwa tygodnie samego odpoczynku. Część czasu zjedzą przejazdy. Na Filipinach to normalne. Tylko trzeba to wkalkulować, zamiast udawać, że mapa mówi całą prawdę.
Drugie pytanie: jak lubisz podróżować?
Czy chcesz mieć wygodniej, wolniej i spokojniej? Czy możesz jechać bardziej lokalnie, prostszym transportem i z większą liczbą przesiadek? Czy po całym dniu w drodze będziesz jeszcze miała siłę cieszyć się miejscem, czy będziesz już tylko marzyć o prysznicu?
Trzecie pytanie: po co właściwie jedziesz?
Po plaże? Po wodospady? Po nurkowanie? Po mniejsze miejsca? Po island hopping? Filipiny nie są jednym typem wyjazdu. Cebu, Bohol, Palawan, Port Barton i El Nido dają inne doświadczenia.
Które miejsca warto wziąć pod uwagę na pierwszy wyjazd na Filipiny?
Nie ma jednej trasy, która będzie dobra dla każdego.
Ktoś będzie chciał plaże i wolniejsze tempo. Ktoś inny nurkowanie. Ktoś będzie chciał zobaczyć kilka wysp, ale nie spędzić połowy wyjazdu w przejazdach. Dlatego poniżej opisuję miejsca tak, jak ja bym o nich opowiedziała komuś, kto pierwszy raz myśli o Filipinach.
Cebu i Moalboal: wodospady, snorkelling i sardine run
Cebu często pojawia się w planach pierwszej podróży na Filipiny, ale nie chodzi tylko o samo miasto Cebu. Bardziej o to, że wyspa może być dobrą bazą do dalszego zwiedzania.
Nam szczególnie dobrze zapisał się Moalboal.
To miejsce dla osób, które nie chcą tylko leżeć na plaży. W okolicy są wodospady, snorkelling i sardine run, czyli jedna z tych rzeczy, które trudno dobrze opisać, dopóki samemu nie wejdzie się do wody.
Sardine run w Moalboal to ogromne ławice sardynek pływające blisko brzegu. Nie chodzi o kilka rybek przy rafie. Bardziej o srebrną ścianę pod wodą, która cały czas się rusza, zawija i zmienia kształt. Jesteś obok w masce i przez chwilę masz wrażenie, że patrzysz na jeden wielki organizm, a nie na tysiące małych ryb.
Co fajne, nie musisz być zaawansowanym nurkiem. Przy dobrych warunkach można zobaczyć sardine run podczas snorkellingu. Zakładasz maskę, wchodzisz do wody i nagle dzieje się coś dużo ciekawszego niż zwykłe pływanie przy brzegu.
Wodospady w okolicy też były dla nas dużym zaskoczeniem. Chłodna woda, zieleń dookoła, skakanie, pływanie, trochę ruchu po plażowych dniach. Jeśli lubisz wyjazdy, w których coś robisz, a nie tylko zmieniasz jeden leżak na drugi, Moalboal może być bardzo dobrym początkiem.

Malapascua: mała wyspa, na której wszystko robi się pieszo
Malapascua była jedną z tych wysp, które totalnie nas kupiły klimatem.
Jest malutka. Ma około 2,5 kilometra długości i kilometr szerokości, więc wszędzie da się dojść pieszo. Nie ma tam samochodów, nie ma wielkiego ruchu, nie ma poczucia, że ciągle trzeba coś ogarniać. Po prostu chodzisz po wyspie, mijasz te same ścieżki, te same knajpki i po chwili naprawdę zwalniasz.
Dostaliśmy się tam z Cebu. Najpierw busem dojechaliśmy na północ wyspy, a potem promem przepłynęliśmy na Malapascuę.
Na miejscu są dwie piękne plaże: Langob Beach i Bounty Beach. Są też boat tripy, nurkowanie i ten mały wyspiarski klimat, którego nie da się podrobić.
Nam się tam bardzo spodobało. Mieszkaliśmy w fajnym hoteliku, mieliśmy nawet swojego hotelowego psa, który chodził z nami po wyspie. Codziennie szliśmy na obiad albo kolację w miejsce, gdzie jedli lokalsi. Zwykle wpadały rzeczy z grilla: szaszłyki, mięso, proste jedzenie bez kombinowania.
Malapascua pokazała nam też kawałek lokalnej codzienności. Przy wielu domach widzieliśmy koguty przywiązane na sznurku, bo walki kogutów są tam popularne. Niektóre miały metalowe ostrogi zakładane do walki. Dla nas był to dość mocny widok, ale też część rzeczywistości, którą widzi się na miejscu, poza plażami i ładnymi kadrami.
Jeśli chcesz się odciąć, pobyć na małej wyspie, chodzić wszędzie pieszo, robić boat tripy, nurkować i nie mieć wokół siebie tłumu turystów, Malapascua może być świetnym przystankiem. Dla nas była jednym z fajniejszych elementów całej podróży.

Bohol: Chocolate Hills, plaże i plan, który poszedł w bok
Bohol kojarzy się głównie z Chocolate Hills. To te charakterystyczne kopce, które wyglądają, jakby ktoś porozrzucał po zielonym terenie setki podobnych pagórków.
Brzmi dziwnie, ale na żywo naprawdę robi wrażenie.
Na Boholu są też ładne plaże, więc teoretycznie można połączyć zwiedzanie z odpoczynkiem. U nas akurat Bohol nie był tym idealnym, pocztówkowym etapem podróży, bo Kacper rozłożył się przez zatrucie, a pogoda też nie pomagała.
I właśnie tak czasem wygląda podróż.
Masz zapisane miejsca, masz plan, masz oczekiwania, a potem organizm albo pogoda mówią: dzisiaj robimy mniej.
Nie piszę tego po to, żeby zniechęcać do Boholu. Raczej po to, żeby nie planować Filipin tak, jakby każdy dzień miał zadziałać idealnie. Bohol warto wziąć pod uwagę, ale jeśli masz mało czasu, sprawdziłabym, czy naprawdę pasuje do całej trasy. Czasem lepiej zobaczyć mniej miejsc i nie być ciągle w drodze.
Puerto Princesa: większe miasto po drodze
Puerto Princesa to większe miasto na Palawanie.
Dla wielu osób jest bardziej przystankiem niż miejscem, dla którego leci się na Filipiny. Przylatujesz, ogarniasz dalszy transport i ruszasz dalej: do Port Barton, El Nido albo w inne miejsca na Palawanie.
I tak bym na nie patrzyła.
Nie jako na punkt obowiązkowy, który trzeba długo zwiedzać, tylko jako praktyczny etap podróży. Jeśli masz ograniczony czas, warto wiedzieć wcześniej, że najładniejsze rzeczy na Palawanie zwykle zaczynają się dopiero dalej.
To jest ważne przy planowaniu, bo jeden dzień w złym miejscu potrafi potem zabrać czas z miejsca, w którym naprawdę chciałabyś zostać dłużej.
Port Barton: kajak, rozgwiazdy i plaże bez tłumu
Port Barton było dla nas jednym z tych miejsc, przez które dobrze pamiętam Filipiny. To nie jest wielki, dopieszczony kurort. Bardziej wioska. Prostsza, spokojniejsza, mniej wygładzona i chyba właśnie przez to tak nam siadła. Plaże były tylko dla nas, wypożyczaliśmy kajak i pływaliśmy bez większego celu.
Port Barton miał też u nas kilka historii z kategorii: no dobra, tego się nie spodziewaliśmy. Ktoś gwizdnął nam z torby w hostelu całą gotówkę, jaką mieliśmy na ten wyjazd. A później, na jednej z pustych plaż, na którą dopłynęliśmy kajakiem, nagle pojawił się mężczyzna z maczetą. Przez sekundę ciśnienie skoczyło, bo byliśmy sami, plaża była pusta i sytuacja wyglądała dość filmowo. Po chwili okazało się, że to była jego ziemia. Podszedł i powiedział mniej więcej: jeśli chcecie tu zostać i leżeć, musicie zapłacić. No i zapłaciliśmy z resztek gotówki, która nam została.
El Nido: piękne widoki, więcej ludzi i wieczór przy świeczce
El Nido jest już bardziej znane. Jeśli kojarzysz z Filipin zdjęcia łódek, skał, lagun i wycieczek po wodzie, to bardzo możliwe, że patrzysz właśnie na okolice El Nido.
To dobre miejsce, jeśli chcesz mieć łatwy dostęp do wycieczek łodzią, pięknych widoków, większej liczby knajp i noclegów. Jest bardziej turystycznie niż w Port Barton, ale dla wielu osób to będzie plus. Łatwiej coś zorganizować, łatwiej znaleźć jedzenie, łatwiej odnaleźć się na miejscu.
Tylko nawet w takim miejscu nie wszystko działa jak w folderze.
U nas w El Nido padało, a wieczorem wysiadł prąd. I nagle nie było ładowania sprzętu, scrollowania, planowania kolejnego dnia na telefonie. Była świeczka, rum i kalambury.

Tubbataha i nurkowanie: jeśli chcesz zobaczyć Filipiny pod wodą
Filipiny są świetnym kierunkiem dla osób, które nurkują albo chcą spróbować.
Jest dużo szkół nurkowych, sporo miejsc do snorkellingu i dużo opcji dla osób, które nie chcą od razu robić wielkiej wyprawy nurkowej. Jeśli dopiero zaczynasz, możesz wybrać miejsce z bazą na lądzie, zrobić pierwsze nurki i zobaczyć, czy to w ogóle Twoja zajawka.
A jeśli nurkowanie jest dla Ciebie ważnym powodem wyjazdu, wtedy warto poczytać o Tubbataha.
Tubbataha to rafa koralowa na Morzu Sulu, w prowincji Palawan, daleko od lądu. Nie jedzie się tam na zwykłą wycieczkę z plaży. Wypływa się łodzią, mieszka się na niej i nurkuje kilka razy dziennie.
To już opcja dla osób, które naprawdę chcą podporządkować część podróży nurkowaniu. Można tam zobaczyć rafy, ryby, rekiny, manty, żółwie i duże ławice ryb. Jeśli nurkowanie jest Twoją zajawką, Tubbataha może być jednym z tych miejsc, które wpisujesz na listę od razu.
Jeśli nie nurkujesz albo dopiero zaczynasz, nie zaczynałabym od tego. Filipiny mają wystarczająco dużo łatwiejszych miejsc na pierwszy kontakt z podwodnym światem.

Jak wygląda transport na Filipinach?
Transport na Filipinach warto zrozumieć przed wyjazdem, bo to potrafi mocno zmienić odbiór całej podróży.
Filipiny są krajem wysp. To znaczy, że często nie przemieszczasz się po prostu z miasta do miasta. Czasem masz lot wewnętrzny, potem vana, potem prom, potem jeszcze krótki przejazd do noclegu.
Na mapie wygląda to niewinnie. W praktyce potrafi zająć pół dnia albo cały dzień.
Transport publiczny bywa bardzo prosty. Są duże autobusy bez klimatyzacji, z otwartymi oknami i siedzeniami, do których człowiek przykleja się po kilkunastu minutach. Są vany, które bywają wygodniejsze, bo mają klimę, ale często ruszają dopiero wtedy, kiedy zbierze się komplet osób.
Czasem stoisz, czekasz i po prostu musisz przyjąć, że to nie działa według Twojego planu.
Dlatego przy Filipinach nie liczyłabym przejazdów na styk. Jeśli masz gdzieś dostać się jednego dnia i od razu coś zwiedzać, sprawdziłabym dwa razy, czy to naprawdę ma sens. Często lepiej założyć mniej i mieć spokojniejszy dzień niż cały czas gonić trasę.
Kiedy najlepiej jechać na Filipiny?
Z naszej perspektywy najwygodniej planować pierwszą podróż na Filipiny między grudniem a majem. To pora sucha, więc masz większą szansę na dobrą pogodę, łatwiejsze przemieszczanie się i mniej zmian po drodze.
Pora deszczowa trwa mniej więcej od czerwca do listopada. Nie oznacza to, że codziennie pada od rana do wieczora. Bardziej chodzi o to, że trzeba mieć większą gotowość na ulewy, przesunięcia i zmiany planu. Zwłaszcza jeśli masz w trasie promy, łódki albo kilka wysp.
My byliśmy na Filipinach pod koniec listopada, czyli na przejściu między porą deszczową a suchą. Na Boholu trafiliśmy na kilka dni z mocniejszym deszczem, ale w pozostałych miejscach pogoda była dla nas w porządku: czasem pochmurne niebo, czasem przelotny deszcz, bez poczucia, że psuje nam to cały wyjazd.
Warto też pamiętać, że na Filipinach zdarzają się tajfuny, trzęsienia ziemi i erupcje wulkanów. Nie piszę tego po to, żeby straszyć. Po prostu przed podróżą i w trakcie warto śledzić aktualne informacje pogodowe oraz lokalne komunikaty.
Jeśli to Twój pierwszy raz na Filipinach, celowałabym w suchsze miesiące. Będzie więcej ludzi i ceny mogą być wyższe, ale na pierwszy wyjazd trochę spokojniejsza pogoda naprawdę pomaga.
Co może Cię zaskoczyć na miejscu?
Przerwy w dostawie prądu
Blackouty na Filipinach się zdarzają. Nie wszędzie, nie codziennie, ale warto mieć z tyłu głowy, że prąd nie zawsze jest oczywistością.
U nas w El Nido wyglądało to tak: padało, nagle zgasło światło i tyle. Nie było ładowania telefonów, nie było normalnego planowania kolejnego dnia. Siedzieliśmy przy świeczce, piliśmy rum i graliśmy w kalambury.
Brzmi dobrze po czasie. Na miejscu bywa po prostu niewygodne.
Dlatego warto mieć powerbank, ładować sprzęt wtedy, kiedy jest okazja, i nie zostawiać wszystkiego na ostatni procent baterii.
Jedzenie
Nie jechałabym na Filipiny głównie dla jedzenia.
Lokalna kuchnia może być mniej wyrazista, bardziej słodkawa, czasem cięższa. Jest kurczak adobo, są lokalne klasyki, ale jeśli ktoś ma w głowie bardzo intensywne azjatyckie smaki, może być trochę zdziwiony.
My najlepiej trafialiśmy z rzeczami z grilla. Seafood, szaszłyki, mięso z rusztu. Często sprawdzała się prosta zasada: jeśli jedzą tam lokalsi, to jest większa szansa, że będzie dobrze.
Na szczęście w wielu turystycznych miejscach są też knajpy z innymi kuchniami świata. Więc jeśli lokalne smaki nie siądą, da się znaleźć coś innego.
Angielski
To jest duże ułatwienie.
Na Filipinach naprawdę łatwo dogadać się po angielsku. Przy noclegach, transporcie, jedzeniu, wycieczkach, zwykłych sytuacjach po drodze. Dla osób, które boją się bariery językowej w Azji, to może być spory plus.
Mieliśmy też bardzo miłe sytuacje z ludźmi. Takie zwykłe, uliczne. Ktoś zagada, ktoś się uśmiechnie, dzieciaki coś krzykną po angielsku. To robi klimat.
Bieda i bezpańskie psy
O tym też warto powiedzieć, bo tego zwykle nie ma na pięknych filmach.
Na Filipinach możesz zobaczyć biedę. Dzieci proszące o pieniądze. Dorosłych, którzy podchodzą na ulicy. Bezpańskie psy w kiepskim stanie. Czasem z widocznymi ranami albo kontuzjami.
To nie jest główny temat wyjazdu, ale jest częścią tego, co widzisz między plażą, knajpą, skuterem i noclegiem.
Dobrze mieć na to gotowość. Nie po to, żeby się bać. Po prostu żeby nie mieć w głowie tylko wersji z ładnych filmów.
Filipiny pierwszy raz: czy to kierunek dla Ciebie?
Jeśli po przeczytaniu tego tekstu dalej myślisz: „okej, to nadal brzmi jak coś dla mnie”, to Filipiny mogą Ci się bardzo spodobać.
To nie jest kierunek, który opisałabym jako najprostszy na świecie. Ale też nie jest taki, którego trzeba się bać.
Trzeba tylko dobrze zrozumieć, na czym polega ten wyjazd.
Będą piękne miejsca. Będą plaże, łódki, wodospady, snorkelling, zachody słońca i momenty, w których naprawdę cieszysz się, że tam jesteś. Ale będą też przejazdy, czekanie, zmiana planu, pogoda, która robi swoje, i dni, które nie wyglądają tak jak w notatkach.
Dlatego przy Filipinach nie zaczynałabym od pytania: „co trzeba zobaczyć?”.
Zaczęłabym od: „jak chcę podróżować?”.
Dopiero potem dobierałabym wyspy, tempo, noclegi i transport. Inaczej układa się trasę dla kogoś, kto chce głównie plaże i wolniejsze dni, inaczej dla osoby, która chce nurkować, a jeszcze inaczej dla kogoś, kto ma dwa tygodnie i chce zobaczyć Palawan, Cebu i Bohol bez ciągłego biegania.
Jeśli nie chcesz samodzielnie przekopywać się przez połączenia, promy, noclegi, transfery i kolejność wysp, możesz podejść do tego z gotowym planem podróży. Takim, który nie próbuje upchnąć wszystkiego, tylko pasuje do Twojego czasu, budżetu i stylu podróżowania.

FAQ: Filipiny pierwszy raz
Czy warto jechać na Filipiny pierwszy raz?
Tak, jeśli lubisz naturę, wyspy, piękne plaże, wodospady i nie potrzebujesz mieć każdego dnia zaplanowanego co do godziny. Filipiny potrafią dać piękne miejsca, ale trzeba mieć zapas na transport, pogodę i zmianę planu.
Od czego zacząć planowanie podróży na Filipiny?
Zacznij od liczby dni i stylu podróżowania. Dopiero potem wybieraj wyspy. Na Filipinach łatwo zapisać za dużo miejsc, a później spędzić połowę wyjazdu w drodze.
Które miejsca warto zobaczyć na Filipinach pierwszy raz?
Na pierwszy raz warto rozważyć Cebu i Moalboal, Malapascua, Bohol, Palawan, Port Barton i El Nido. Nie trzeba jednak wciskać wszystkiego do jednej trasy. Lepiej dobrać mniej miejsc i mieć więcej czasu na miejscu.
Kiedy najlepiej jechać na Filipiny?
Najwygodniej planować wyjazd od grudnia do maja, czyli w porze suchej. Od czerwca do listopada trwa pora deszczowa, więc trzeba liczyć się z opadami, zmianami planu i sprawdzaniem pogody na bieżąco.
Czy Filipiny są trudne do samodzielnego zaplanowania?
Mogą być trudniejsze, niż wyglądają na początku. Najwięcej pracy jest przy połączeniu wysp, transferów, promów, lotów i sensownego tempa. Dlatego lepiej zaplanować mniej miejsc, ale z większym zapasem.
